czwartek, 16 października 2014

8. Iluzja.

Nazajutrz nie wiedziałam, jak się zachowywać przy Matthew, to było gorsze, niż za pierwszym razem, kiedy pokazał swoje emocje. Byłam zdezorientowana jego zachowaniem.
Leżałam w pokoju, nie wychodziłam aż do 11, łudziłam się, że mężczyzna zniknął z mojego domu, jednak nie chciałam być głupia na tyle, by iść i się przekonać.
Nigdy nie byłam jedną z cierpliwych osób - już od dziecka taka byłam, zawsze szybciej od mojej siostry biegłam rozpakowywać prezenty; w szkole wyrywałam się do udzielenia odpowiedzi bez poznoszenia ręki; nie mogłam się doczekać zdania na prawo jazdy samochodem; nawet spieszyło mi się, by porzucić naukę oraz wyprowadzenia się z domu w młodym wieku. Nigdy nie spowolniałam momentu, wręcz gnałam przed siebie. Teraz, kiedy na to patrzę, nie mogę powstrzymać łez. Byłam taka głupia, niemyśląca, jak i lekkiego ducha. Nie jestem dumna ze swojej przeszłości ani teraźniejszości, nie mam też nadziei, że jutrzejszy dzień przyniesie mi lepszą przyszłością. Chciałam zwolnić, udało mi się to, ale za ją cenę. Jestem więźniem. Nie mogę swobodnie oddychać ani poruszać się. Za każdym razem, kiedy chcę się poczuć sobą, osobą, ktoś powala mnie na ziemię, w przenośni, jak i dosłownie. Nienawidziłam momentów w mojej głowie, kiedy obwiniałam innych za moje słabe punkty, bo tak naprawdę, nikt inny oprócz mnie nie odpowiada za moje upadki i uniesienia, jednak zdarzało mi się zrzucać winę na innych. Miałam świadomość, że byłam chujowym człowiekiem, aczkolwiek wiedza, że inni nie widzą swoich wad, wprowadzało mnie w stan odrętwienia i zirytowania. 
Podniosłam się z łóżka, nie chcąc siedzieć w moich myślach ani sekundy dłużej. Pościeliłam łóżko, następnie otworzyłam okno na oścież i wyszłam z sypialni, wcześniej naciągając dresy na tyłek. Ruszyłam lekkim krokiem po schodach do kuchni, w której zastałam Matt'a, parzącego kawę. Mężczyzna dostrzegł mnie już zza rogu.
-Mam nadzieję, że nie masz przeciwko, że obsłużyłem siebie?-zapytał, nerwowo przeczesując swoje włosy.
Uśmiechnęłam się pogodnie, widząc jak niekomfortowo czuje się w tej sytuacji. Było to dla niego równie niezręczne, jak i dla mnie, co poprawiło mi humor.
-Czuj się jak u siebie w domu.-odpowiedziałam, przywracając mój naturalny wygląd twarzy bez uśmiechu.-Tylko w pewnych granicach, oczywiście.
-Oczywiście.-uśmiechnął się w moją stronę i nalał kawy do kubka.-Też chcesz?
-Nie pijam kawy, ale dzięki.
Usiedliśmy przy stole, on pijący gorącą, ciemną cieć, a ja zadowalająca się chłodną wodą. Minęło dopiero kilka minut ciszy, a ja już zaczęłam się potwornie nudzić.
-A więc, zaszaleliście wczoraj, huh?-zaczęłam temat.
Brunet spojrzał na mnie znad kubka, jego nieodgadnięty przeze mnie wzrok, badawczo przyglądał mi się. Kiwnął głową, wpijając się w napój. Wydawało mi się, że wkraczałam na teren rozmowy, na którym on nie chciał się znaleźć, jednak uznałam to za moją wyobraźnię.
-Dlaczego przyszedłeś do mnie, jeśli piliście u ciebie w barze?
Mężczyzna ściągnął brwi, a na usta wtargnął grymas.
-Walisz prosto z mostu, co?-usłyszałam nieszczery śmiech.
Przejechał nerwowo prawą ręką po swoich włosach, mierzwiąc je przy tym, spuszczając wzrok na kubek, który trzymał w dłoniach i niespokojnie stukał palcami w jego powierzchnię.
-Muszę już iść, mam dużo spraw na głowie.-wstał błyskawicznie od stołu, wypijając jednym haustem nadal ciepłą kawę.-Dzięki za nocleg.-odstawił kubek na stół i po jednym spojrzeniu na mnie, wyszedł szybkim krokiem.
Po kilku sekundach usłyszałam trzask drzwi, a jedynymi śladami po jego obecności była zużyta szklanka, w której znajdował się ciemny osad po rozpuszczalnej kawie oraz to spojrzenie w moje oczy, które wciąż parzyło mnie od wewnątrz.
Nie potrafiłam odgadnąć tego wzroku, które posiadał momentami. Zauważyłam, że tylko na mnie tak patrzył, jednak skąd pewność? Może patrzył tak na inne dziewczyny, kiedy mnie nie było w pobliżu? 
Nie rozumiałam moich myśli, były takie dziewczęce, były jak nie ja. Nigdy nie zachowywałam się w taki sposób, nawet kiedy byłam jeszcze zafascynowana Zack'iem, wszystkie te "wzdychania oraz podziwiania" w stronę płci męskiej mnie nie dotyczyły, dopóki Matthew nie pojawił się na mojej drodze. Nie mogłam się nadziwić jego opanowaniu, mimo że raz przy mnie wybuchnął, nigdy to się nie powtórzyło. Znałam go już dwa i pół miesiąca i mogłam szczerze wyznać, że jego osoba wywierała na mnie nie tylko pociąg seksualny z powodu jego wyglądu, a z powodu jego mentalności. Pragnęłam go, aczkolwiek nie chciałam dotknąć jego ciała, a umysłu, pragnęłam zderzenia się z nim w sferze myśli, uczuć oraz przeżyć. Jego ciało interesowało mnie również, byłabym kłamczuchą, gdybym twierdziła inaczej, jednak to jego sposób przetwarzania danych; sposób, w jaki analizuje sytuacje, pociągał mnie bardziej.
Siedziałam przy stole, wpatrując się w przestrzeń - często tak robiłam. Zawieszałam się i nie robiłam nic oprócz myślenia, czasem i to wykluczałam podczas takiego stanu. W taki sposób radziłam sobie z jakimkolwiek stresem, tak, stresem. Matthew Nicholls sprawiał, że wrzałam wewnątrz i, mimo że na zewnątrz byłam nieosiągalna dla niego, wewnątrz nie mogłam się opędzić od wrażenia, że zaraz wybuchnę pożądaniem w jego stronę.
Całe moje zachowanie wydawało mi się dziecinne i naganne. Byłam jak mała dziewczynka marząca o tej ślicznej, niebieskiej sukience, którą moja mamusia nie chciała mi kupić, za co ją nienawidziłam w moim ograniczonym umyśle. Nie lubiłam siebie takiej - małostkowej.
Ile razy wyobrażałam sobie, jak pieści mnie swoimi dużymi, męskimi dłońmi, kiedy ja siedzę na ladzie w jego barze? Za wiele, by wyliczyć na palcach u obu nóg i rąk.
Jak bardzo pragnęłam go w czasie, kiedy pracowałam w jednym pomieszczeniu, co on? Tak bardzo jak wiatr porywa pościel do tańca, kiedy ono swobodnie wisi na sznurku bez żadnych klamerek. 
Czy go potrzebuję? Tutaj mogę porównać do ostrza, które jest stworzone do cięcia. Czuję się, jakbym nie mogła oddychać bez niego, mimo że znam go taki mały okres i oficjalnie nic dla mnie nic nie znaczy, ze wzajemnością. 
Czy powiem mu o moich uczuciach? Tego najstarsi Indianie nie wiedzą.
Od niechcenia przeciągnęłam się leniwie, nadal siedząc przy stole. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam się z siedzenia, następnie podeszłam do lodówki. Na śniadanie wybrałam płatki kukurydziane z odtłuszczonym mlekiem, z którego Zack śmieje się, że to sama woda, w sumie to się z nim zgodzę, jednak każda dziewczyna chce być ładna, podobać się  komuś- każda. To był mój sposób na bycie piękną, mimo że żałowałam takiego zachowania u siebie, nic nie robiłam, by to zwalczyć. Nie byłam anorektyczką, nie miałam problemu ze zjedzeniem całej tabliczki czekolady, nawet nie myślałam o kaloriach, zachowywałam się, jakby w ogóle nie istniały. Zwyczajnie ograniczałam węglowodany oraz słodycze i tłuszcze, jednak nie jakoś szczególnie i obsesyjnie.
Ważę 49 kilo i chcę je utrzymać, nie chcę schudnąć, bo nie cieszy mnie widok kości, a przytyć - kto chce być gruby? Nikt. Nie uszykujmy się, nawet grubi ludzie nie chcą być grubi, lubią jeść, ja też, wręcz uwielbiam, jednakże nie pozwalam sobie na obżeranie się, chcę być zdrowa. Warzywa i owoce są podstawą dobrego dnia.
Moim drugim śniadaniem było jabłko posypane cynamonem.
Cały poranek spędziłam grając w gry karciane online, które stały się moim uzależnieniem i zwyczajem. Nie miałam innych zajęć, jak granie w takie bezużyteczne gry, wiedziałam, że daleko nie zajdę grając na internecie, aczkolwiek nie miałam żadnych innych rozrywek niż to. Widziałam bezproblemowo to, że byłam bezużyteczna, jednakże nie umiałam tego zmienić. Nie znałam innego sposobu na zabicie czasu. Nie miałam ochoty się edukować, nawet jeśli to jak, przez internet niewiele można zrobić, jeśli nie ma się środków, a nie będzie to czymś zaskakującym, jeśli powiem, iż jeszcze nie dostałam wypłaty.

Jaki jest w tym sens? Pracować nieprzeciętnie, dbać o siebie i innych, starać się, oddychać, myśleć i przezwyciężać trudne chwile, kiedy nie chce się żyć? Wiem, że na tym polega życie, na nie poddawaniu się, ale jaki w tym sens? Czemu nie możemy podjąć pochopnej decyzji i zakończyć to? Czemu ludzie dookoła mówią, że samobójcy to egoiści? Czemu, kiedy złamiesz nogę, wszyscy ci współczują, ale jeśli masz depresję bądź inne zaburzenie psychiczne, nikt nie myśli o tobie miłosiernie? Czemu wszyscy uważają, że osoby chcące popełnić samobójstwo to osoby chore mentalnie? To prawda, że to zaburzenie, aczkolwiek jak dla mnie, to to są osoby zrównoważone psychicznie, ich życie się spierdoliło, więc chcą je zakończyć. Czy powinniśmy starać się odbudować to, co zostało stracone? Dlaczego tak dążymy do perfekcji, wiedząc, że nic takiego nie istnieje? Dlaczego nikt nie chce się przyznać, że poddanie się jest w porządku? Ile trzeba wycierpieć, aby rezygnacja z życia była "zdrowym" psychicznie zachowaniem? To nienormalne, wyznaczać granice między "dobrym" a "nieprawidłowym" nie tylko w zdrowiu, ale także w zachowaniu, ale kiedy ktoś rzuci jakąś uwagę nietolerancyjną, zostaje zjadany żywcem - to jest po prostu tak obłudne, że aż śmieszne. Mam jedno słowo opisujące to zjawisko: "hipokryci". Społeczeństwo, które - niestety - jestem częścią przerażała mnie, od kiedy się urodziłam. Wolałam spać, niż przebywać wśród ludzi, bo kiedy robiłam inaczej i rozmawiałam z innymi, wychodziły z nich potwory, a przynajmniej ja ich tak postrzegałam, nie wszyscy, ale większość jest po prostu chora a nawet o tym nie wiedzą, bo jeszcze - oficjalnie - nie stwierdzili takiej choroby. To przykre, naprawdę im współczuję. Biedactwa, może upadły na podłogę, na głowę, kiedy mamusia je tuliła w kocyku i coś im przeskoczyło tam w czaszce?
Od dawna wiedziałam, że jestem uczulona na tępych ludzi i od dawna "terroryzowałam" takie pustaki, że tak brzydko się wyrażę, zwyczajnie nie rozmawiałam z nimi, wiedziałam, że bardziej zaboli ich moje ignorowanie niż moja słowna oraz czynnościowa niechęć do nich. Plotkowanie o ludziach nie jest moim ulubionym tematem, więc to by było na tyle małostkowości naszej populacji.
Stałam jak słup soli przy barze i wysłuchiwałam pijaczyny, który żalił się na brak dobrze płatnej pracy. Nie chciałam go denerwować moim "niemądrym" pomysłem, że może nie dostaje pracy, gdyż ciągle jest pod wpływem alkoholu. Pozwoliłam mu, by mamrotał mi swoje problemy, pijąc alkohol, za który miałam pewność, że zapłaci. Share było naprawdę małym miejscem, a jednak nadal nie znałam ludzi, kojarzyłam tylko kilka twarzy, a rozmawiać - rozmawiałam tylko z przyjaciółmi Zack'a, co i tak starałam się to ograniczać.
-I wtedy mnie wyrzucił za drzwi, rozumiesz? Za drzwi! Tylko dlatego, że miałem źle zapiętą koszulę.-żalił się starzec.
-Yhm.-kolejny raz przytaknęłam.
Przyzwyczaiłam się do odoru alkoholu, który roznosił się swobodnie po całym budynku, w którym pracowałam, nawet na zapleczu śmierdziało. Moje nozdrza odczuwały już niewielki procent alkoholowego zapachu, przestało mi zależeć na tym, gdzie pracuję.
Został tydzień do powrotu Zack'a, mięło równe 2 i pół tygodnia od kiedy go nie było oraz tydzień od kiedy Matthew nocował w naszym domu. Między mną a szatynem nie miało miejsca żadne wydarzenie, nawet rozmowy ograniczyliśmy do minimum. Nie wiem, co wpłynęło na naszą wzajemność oschłość na siebie nawzajem, ale musiałam przyznać, że diabelnie przeszkadzało mi to. Moja dusza, jeżeli takową posiadam, cała mnie nadzwyczajnie swędziała. Czułam się niesłychanie źle z tym, że nie rozmawiamy, uciekamy od siebie i w ogóle tego nie rozumiałam, to zachowanie było na tyle nierozpoznawalne dla mnie, że bałam się poznać wyjaśnienia.
Mogłam dostrzec z oddali zgarbioną postać Matt'a Nicholls'a, który pochylał się nad kobietą, z którą w noc urodzin Matt'a Kean'a obściskiwał się. Nie byłam zazdrosna, byłam zdezorientowana oraz zawiedziona. Pragnęłam wyjaśnień, odpowiedzi na pytania, które powiększały swoja liczebność, jedyną osobą, która mogła mi udzielić odpowiedzi - nie była zainteresowana, wolał wchodzić w interakcje z kurwami.
Złość wzbierała się we mnie, jednak cudem wytrzymywałam patrzenie na ich dwójkę, przychodziło mi to z łatwością. Przywykłam do bycia piątym kołem bądź niepotrzebną zabawką, którą się bawi dziecko tylko z przywiązania. Nie byłam czymś wartym uwagi, ja to wiedziałam, dlatego było mi tak łatwo zaakceptować to, że inni mnie tak postrzegali.

-Cześć, Matt.-przywitałam się z szatynem następnego dnia, kiedy weszłam o 14 do jego baru.
-Hej, Adelaide.-uśmiechnął się przelotnie, przesuwając wzrokiem po papierach, które ściskał w dłoniach.
Pomimo wygiętych ustach w uśmiechu, wyglądał na zdenerwowanego, zmartwionego i wydawało mi się, że wcale nie byłam tego przyczyną.
-Coś się stało?-zapytałam, podchodząc bliżej.
-Nie, nie, nic.-mamrotał pod nosem, szybko składając dokumenty do teczki, którą od razu zabrał na górę.
Nie było go w pobliżu przez kilka minut, co wykorzystałam jako najlepszy moment na zebranie się w sobie i wyznanie mu moich wszystkich uczuć. Kiedy wrócił, nagle mój cały wigor i pewność siebie zniknęły gdzieś i nie potrafiłam ich odnaleźć. Patrzyłam, jak niespiesznie schodził ze schodów, jak uważnie przyglądał mi się, gdy stanął naprzeciwko mojej osoby.
-Jak ranek?-zapytał, chcąc zacząć przyzwoitą rozmowę.
-Dlaczego między nami jest tak sztywno, niemożliwie trudna komunikacja?-wypchnęłam z siebie słowa, które spowodowały dużą i głęboką zmarszczkę na czole mężczyzny.
-Nie rozumiem, o co ci chodzi.-oznajmił.-Myślałem, że dogadujemy się całkiem dobrze.
Na obecny moment nie wyczułam w jego mowie kłamstwa, sarkazmu czy też ukrywania czegoś. Poczułam się naprawdę głupio z powodu moich pytań.
-Miałam wrażenie, że mnie unikasz.-wyznałam.
-Czemu miałbym?-spytał niepewnie.
-Sama nie wiem, po tej nocy, kiedy spałeś w pokoju gościnnym, między nami nastała wielka przepaść.
-Wydaje ci się.-skomentował.-Poza tym, nadal rozpamiętujesz tę noc?
To był ten moment, w którym wszystko się wydało i wiedziałam, że nie miałam innego wyjścia, jak powiedzieć prawdę.
Patrzył na mnie pytająco, ściągnięte brwi i grymas na ustach jasno mówił, że nie podoba mu się, gdzie ten temat rozmowy zmierza.
-Lubię cię i czuję, jakbym nie była jedyną osobą, która coś czuje. Wydaje mi się, że wiele nas łączy i nie chciałabym to źle określić, ale naprawdę mam poczucie więzi z tobą.-wyznałam szczerze.
Moje słowa spowodowały rygorystyczną zmianę mimiki twarzy bruneta. Zrobił krok do tyłu i mierzył mnie do dołu w górę. Twarz wyrażała emocje, których nie potrafiłam zidentyfikować, a ton głosu był chłodny.
-Ale, Adelaide, ja cię nie kocham, nawet cię nie lubię w taki sposób, w jaki - wygląda na to - ty lubisz mnie.
To, co usłyszałam, spowodowało, że zatraciłam w siebie wiarę, tak, jak następowało to w szkole. Zwątpiłam nie w mój wygląd, bo już dawno zdawałam sobie sprawę, że jestem poniżej przeciętnej - jednak to moja mentalność, byłam dla kogoś nikim nawet z moim intelektem oraz mentalnością. Byłam gorzej niż przeciętna, byłam nikim, a przynajmniej chciałam być w tej chwili, chciałam zniknąć, rozpuścić się w powietrzu i nie być widoczna dla Matthew, jeżeli w ogóle miało to dla niego znaczenie. Nie chciałam stawić czoła temu upokorzeniu, jak i zranieniu, całej tej niepotrzebnej sytuacji, To, czego się tak bardzo obawiałam, wydarzyło się.
Chciałam płakać, nie wiem w jaki sposób udało mi się zrobić inaczej, jeszcze nigdy w moim życiu nie chciałam tak bardzo przestać istnieć, a takich momentów było wiele.




The world was on fire and no one could save me but you.
It's strange what desire will make foolish people do.
I'd never dreamed that I'd meet somebody like you.
I'd never dreamed that I'd lose somebody like you.
No, I don't wanna fall in love.
[...] What a wicked game you played to make me feel this way.
[...] What a wicked thing to say you never felt this way.
What a wicked thing to do to make me dream of you.


4 komentarze:

  1. Ty to umiesz trzymać w niepewności!
    Rozdział cudowny, tylko czekać na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam to już kilka dni temu i tak się zastanawiałam co napisać. I chyba nigdy nie wytykałam błędów. Ah co ze mnie za czytelnik jak nie pomagam dostrzegać rzeczy nad którymi warto pomyśleć. Tak więc moim zdaniem coś nie gra w:
    1 "Leżałam w pokoju, nie wychodziłam z pokoju aż do 11..." tak myślę, że drugi raz nie trzeba używać słowa pokój.
    2 ... i chyba nie widzę innych rażących mnie w oczy mankamentów. Upiekło Ci się.
    Eh.. nie wychodzi mi rola srogiej czytelniczki. Tak czy owak świetny rozdział i czekaaam czekaaam!
    PS. Piosenka <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że dopatrzyłaś się tego błędu, poprawię go natychmiastowo. :) A co do piosenki, też ją uwielbiam. ♥

    OdpowiedzUsuń