czwartek, 20 listopada 2014

9. Moralność.

-Oliver wreszcie zaprosił swoich rodziców na dzisiejszy obiad. Nie mogę się doczekać momentu, w którym ich poznam, uściskam.-mówiła podekscytowana Imogen.
-Cieszę się razem z tobą.-uśmiechnęłam się szczerze w jej stronę.-Jak myślisz, dogadasz się z nimi?
-Myślę, że tak. Oli twierdzi, że są naprawdę sympatyczni i szybko się przywiązują do ludzi, dlatego nie spieszno było mu przedstawić nas sobie nawzajem.
-Mówiłaś już innym dziewczynom?
-Jeszcze nie, jakoś nie zdają się być zainteresowane moją osobą, więc nie zamierzam pchać się w ich ramiona. Crystal i Jessica przyjaźnią się ze sobą od przedszkola, więc jakoś niespecjalnie chcę w nie wchodzić. A ciebie..
-A mnie jeszcze nie znasz.-wtrąciłam.-Ale chcesz.
-Ale chcę.-potwierdziła, szczerząc swoje zęby.
To było właśnie to, co najbardziej irytowało mnie w Share, wszyscy tutaj rzekomo pilnowali swoich spraw, ale tak naprawdę byli wścibscy i ciągle się sztucznie uśmiechali. Kiedy miałam styczność z Imogen, wydawało mi się, jakby jednak nie pochodziła z Share, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to tylko złudzenie, była równie zadowolona z życia i małostkowa, jak i Jess, Crystal czy choćby Lee.
Nigdy nie należałam do osób, jacy oni są. Nie potrafię iść przez życie zadowolona, kiedy moje życie wcale nie jest dla mnie czymś, z czego jestem uszczęśliwiona. Nie ma ideałów, tak naprawdę dobro i zło jest względnymi określeniami, tak samo jak poprawny i niegrzeczny, czy niekulturalny a taktowny. Wszystko jest względne, jednak patrząc na siebie i na innych ludzi zauważyłam ogromną, głęboką przepaść między naszą mentalnością. Nie urażając nikogo, nie jestem jak oni. Nie jest mi do śmiechu czy płaczu, kiedy coś się dzieje, bądź przeciwnie - nudzi mi się z powodu braku "atrakcji" - byłam nijaka, jestem nijaka, zawsze będę. Nie uśmiecham się za dużo, zdaję sobie sprawę, że właśnie dlatego ludzie trzymają się z dala ode mnie, uważają, że jestem sztywna oraz wyniosła, co tak na serio, jest kompletnym złudzeniem, gdyż nie mam samej siebie za kogoś lepszego. Unikam ludzi, owszem, jestem outsider'em, jednak to nie oznacza, że mam się za lepszą, mądrzejszą czy ładniejszą, tak nie jest, po prostu nic bardziej mylnego niż takie właśnie założenie. Nie sądzę, by byli zainteresowani moją osobą, a więc stwarzam pozory jeszcze bardziej nieciekawej osoby, to moja "ściana obronna", "mur" ochraniający mnie przed ludźmi i tym, co ze sobą niosą. To zabrzmiało bardzo niemile, jednakże taka jest prawda, większość - nie wszyscy - eksponują sobą coś przypominającego bycie idiotą oraz dziwką. Nie wiem, jak wytrzymałam do tej pory przebywając z takim społeczeństwem. Mimo że, staram się nie oceniać ludzi, robię to, każdy to robi. To, co mnie różni od reszty, to to, że nie trzymam się moich uprzedzeń, prędzej czy później, odsunę od siebie moje opinie i myśli, i zobaczę prawdziwą stronę danej osoby. Próbuję nie żyć złudzeniami, wydaje mi się, że idzie to mojej myśli, aczkolwiek czy tak naprawdę jest, czy dalsze życie z Zack'iem nie świadczy o wręcz przeciwnych wnioskach? 
W Londynie było na tyle inaczej, że ludzie cię unikali, nie patrzyli na ciebie, biegnęli przed siebie, nie zawracając sobie głowy nieznajomymi i wymienianiem się grzecznościowych, sztucznych uśmiechów. Londyn pasował do mojej osobowości, nie Share, tutaj najpłytszy oddech był pod czujnym okiem społeczności, tam przynajmniej mogłeś poczuć swobodę w byciu sobą. Wolałam czuć się niepotrzebna, zwyczajna i niewidoczna, a nie, obserwowana, prosta ale wyróżniana oraz głupia w świecie uczuć. Nie chciałam zagrzewać tutaj miejsca ani sekundy dłużej, jednak nie wydawało się, bym miała inne wyjście.
-Może wróciłabyś do pracy?-usłyszałam za uchem głos należący do Matt'a.
Obróciłam się i spojrzałam w magnetyczne, zielone oczy mężczyzny.
-Nikt się nie skarży.-mruknęłam.
To, co zobaczyłam, wprowadziło mnie w zdenerwowanie, bowiem Matthew Nicholls wywrócił oczami, przez co miałam ochotę zacząć krzyczeć. Nienawidziłam, kiedy ktoś to robił. Na co dzień nie byłam nerwusem, aczkolwiek, gdy dużo spraw się nawarstwi, aż mnie rozsadza od środka.
Brunet obrócił się na pięcie i poszedł do swojego mieszkania po schodach.
Nadal miałam w nozdrzach zapach alkoholu, który wydalił z siebie, gdy mówił do mnie. Nie byłam fanką alkoholu, sama go nie spożywałam i nie rozumiałam innych, którzy to robili. Nie paliłam, nie rozumiałam palaczy. Byłam na ogół tolerancyjna, jednak w sytuacjach, kiedy ktoś dmucha mi dymem papierosowym w twarz, mam ochotę wdeptać tą fajkę komuś w czoło. Niechętnie to przyznam, ale czasem nachodziła mnie ochota komuś przywalić, tak po prostu, często z jakiegoś szczególnego powodu, jednak nie robiłam tego, z przyczyn moralnych.
Westchnęłam głośno, obracając się do pijącej piwo Imogen, która rozglądała się za Oliver'em, który z kolei, pił gorzałę wraz z przyjaciółmi i śmiał się gromko na końcu sali.
-Matt zachował się dziwnie.-skomentowała cicho blondynka.-Nigdy go takiego nie widziałam. Naprawdę się upił.
Spojrzałam na nią, podpierając głowę lewą ręką.
-Masz coś nieokreślonego do powiedzenia?
-W sumie to chyba tak, myślę, że cię lubi. Ciągle się na ciebie gapi, zagaduje.. Można by pomyśleć, że naprawdę ma zauroczenie w twojej osobie.-odpowiedziała zapijając słowa piwem prosto z butelki.
Przełknęłam ślinę, przy czym niezamierzanie chrumknęłam, co spowodowało, że dziewczyna zachichotała.
-To niemożliwe.-odezwałam się.
-Skąd pewność?
-Pytałam i odpowiedź była przecząca.
Wielkie, zaskoczone oczy powitały mnie na twarzy blondynki.
-Naprawdę?-nie dowierzała.
-Yhm.
-Skąd pewność, że odpowiedź była negatywna?
-Bardziej jaśniej i klarowniej nie mógł powiedzieć. Wyraźnie odpowiedział "nie".
-Skąd pewność, że miał na myśli to, co powiedział.
-Imogen, ja się nie będę domyślać podwójnego dna w jego wypowiedziach. Mam wyjebane. Mam chłopaka, mam własne życie.
-Chłopaka nie kochasz, a życie niezbyt ciekawe.
-Dzięki.
-Proszę bardzo.
Nastała między nami cisza. Ja położyłam buzię na czystym blacie i czekałam na śmierć.
Nie potrafiłam zrozumieć skąd wzięło się u nich ta świadomość o moich poważnych problemach oraz bezsilność na pomoc mi. Odrętwienie ogarniało całe moje ciało, jak i umysł. Stawałam się jak powietrze, a przynajmniej marzyłam by takowa się stać. Pragnęłam nie czuć, jednak zdawałam sobie sprawę, że to było niemożliwe. Oczekiwano ode mnie cudów, bowiem poradzenie sobie sama w takiej sytuacji, w jakiej się znajduję i nie zwariowanie, graniczyło z cudem. Byłam sama i nie umiałam pogodzić się z tym, że nikt nie zamierzał mi pomóc. Miałam w naturze brak witalności życiowej, niechęć do wszystkiego i wszystkich, od dziecka. Jestem świadoma, że każdy odpowiada za własne szczęście, aczkolwiek wiele razy spotkałam się z tym, że jeśli coś się dobrego dzieje, aż roi się od ludzi, którzy mówią ci, że niedługo nastanie cię smutek; że coś jest nie tak, jak my myślimy, ale kiedy jest coś złego i potrzebujemy pomocy - nikogo wśród nas nie ma, nieliczni się znajdą, którzy naprawdę chcą pomóc, nie bo są ciekawi, a dlatego, że chcą dobrze dla drugiego człowieka.
Nie jestem taka jak oni, niczym harpia, ale nie byłam dobrym człowiekiem, pilnowałam swoich spraw, a bynajmniej starałam się. 
-Imogen, naprawdę myślisz, że podobam mu się?-spojrzałam na nią z ukosa, po sekundzie wypowiedzianych słów, żałowałam ich.
-..
-Nie, nie odpowiadaj mi. Jestem głupia, że w ogóle pozwoliłam sobie na takie myślenie.
-Adelaide, przede wszystkim to nie jesteś głupia, jesteś niepewna co się dzieje w twoim życiu, stąd pytasz. Nie wiem, czy się mu podobasz czy nie, sam pewnie nie jest pewien, skoro zaprzeczył a dalej daje ci wyraźne znaki. Mówię, co widzę. Zachowujecie się naprawdę inaczej względem siebie niż do innych ludzi, dlatego uważam, że działacie na siebie nawzajem. Jestem ciekawa czy tylko fizycznie, czy też psychicznie.
-To, co ja mam zrobić?
-Porozmawiać z nim.
Wywróciłam oczami na jej słowa.
-No, co ty! Że ja na to wcześniej nie wpadałam.-wymruczałam zirytowana.-Nie pieprz, Imogen. Próbowałam i jedyne, co wynikło z tego, to to że mnie unika bądź mówi do mnie agresywnie.
-Kto się czubi ten się lubi, wiesz o tym.
-Nie wiem.
-To już wiesz.
-Zajmij się piciem piwa.
-Jeśli nie chcesz wiedzieć, nie pytaj.
-Nie będę.
Skoro widzą to inni, nie myliłam się. Tyle, dlaczego on tego nie widzi jakie znaki daje? A może nie chce widzieć? Jak można żyć w zaprzeczeniu we własnym umyśle? Skąd u ludzi bierze się ta ogromna niechęć do poznania prawdy? Z doświadczeń? Ze strachu? A może, z braku pewności siebie? Nie sądzimy, że ktoś chciałby być bliżej z nami, więc nawet nie staramy się zostać zauważeni przez kogokolwiek. Nie dajemy szansy samym sobie. To krzywdzące i przerażające. Najgorsze było w całym rozeznaniu to, że sama taka byłam. Mierzyłam niżej niż "zasługiwałam", bycie z Zack'iem doprowadziło mnie do gnębi, w której jednym pożywieniem jest muł. A Matthew, on zdaje się być jak to czerwone jabłko, które wisi na najwyższej gałęzi drzewa, a ja nie mam drabiny, by je dosięgnąć. Nienawidziłam swojej słabości. Byłam okropną osobą, marudną, niezaspokojoną duszą, która chciała więcej, potrzebuje do oddychania i poprawnego funkcjonowania, a jednak nie pozwala sobie na to, wstrzymuję oddech za każdym razem, kiedy mogę dostać dawkę tlenu. Jestem taka jak Matt, pragnąca ciepła, a sama nie dająca go, nie idąca do niego. 

Każdy dzień, który zbliżał do powrotu mojego chłopaka do domu, był niespotykanie szybki. Brak rozmów z brunetem o zielonych oczach wcale nie pomagał. Nie potrzebuję wiele, by zwolnić tempo i odczuć tą olbrzymią pustkę w sobie, stąd moje starania, by nie zaprzestać czegoś robienia. Próbuję utrzymać się w ruchu: kołyszę nogami, strzelam z kostek u rąk, podśpiewuję piosenki, głęboko oddycham, tańczę, słucham dużo muzyki, czytam, malowałam. 
Pragnęłam wrócić do mojej pasji z nastoletnich lat, kiedy jako 12-latka potrafiłam opuścić szkołę, aby dokończyć pejzaż. Brakowało mi mojego wewnętrznego ciepła, które kiedyś miałam w sobie. Jak ktoś kiedyś powiedział "Kiedy coś stracimy, coś przeminie - najgorsze to to że nie możemy sobie przypomnieć jak to czuliśmy, w jaki sposób przywoływaliśmy to uczucie", Nie umiem być ciepła, jestem zimna i stara mentalnie. Starość to coś innego niż dojrzałość. Bycie starym nie wiąże się z odpowiedzialnością, a jedynie z tym jak się czujemy, wyglądamy. Ja mam wrażenie, że bliżej mi do końca czy początku. Czy chcę umrzeć? Nie. Czy chcę żyć? Nie, jeśli moje życie ma tak wyglądać.


"Wiosna 2000 rok

Niska, o drobnej budowie 7-letnia szatynka weszła do sypialni rodziców, w której zastała swoją rodzicielkę wraz z siostrą. Spojrzała na pakunki, które stały dumnie na kolumnie, a następnie skierowała pytający wzrok na rodzinę. Siostra o czarnych włosach, o nieco pulchniejszej budowie ciała oraz twarzy, która była naiwnie dziecinna. Matka była jasnowłosą pięknością o kobiecych kształtach i płaskim brzuchu, jej niebieskie oczy przyciągały uwagę ludzi za każdym razem, kiedy je otwierała i zamykała.
-Kupiłyśmy z twoją siostrą śliczny sweterek oraz kubek dla taty, ale nie mów mu, że wydałyśmy 50£bo będzie krzyczeć. - Powiedziała kobieta, niezadowolona z ciekawstwa dziecka. 
-Dlaczego tak uważasz? - Zapytała sepleniąc dziewczynka.
-Tato zawsze krzyczy, Adele. - Wtrąciła się w rozmowę starsza siostra.
-Na mnie nie krzyczy. - Upomniała.
-Tylko na ciebie. - Jęknęła. - Ale on ma zawsze problem z czymś.
-Dziewczynki przestańcie się przekomarzać. Adelaide, nie powiesz tacie?
-Nie sądzę, aby krzyczał, ale jeśli nie chcecie, nie powiem.
-Dobra dziewczynka. - Matka pogłaskała ją po głowie i wyszła z pokoju, wypraszając dzieci z niego uprzednio.
Rodzina mieszkała w niewielkim domu na obrzeżach Londynu. Była stereotypową 4-osobową grupką kochających się nawzajem ludzi z psem, którzy mieli problemy jak każdy i niechętnie przyjmowali pomoc od innych. Domownicy byli związani ze sobą biologicznie, nikt nie śmiał podważyć ich powiązanej mentalności, a powinni.
Minęły minuty, a do domu przyszedł z pracy zmęczony rodzic. 
-Tato, tato! - Krzyczała wesoło drobna dziewczynka, biegnąc w prost w ramiona ojca.
-Witaj, stonko. - Uśmiechnął się szczęśliwy, tuląc dziecko.
-Cześć, tato. - Do przytulasa dołączyła brunetka.
-A, mnie nie powitasz? - Udała smutną minę dorosła kobieta.
To jedno zdanie wystarczyło, by mąż odsunął od siebie dzieci i podszedł żwawym krokiem do żony, którą natychmiastowo pocałował mocno w usta i przytulił do siebie następnie. Różnica we wzroście była niewielka, prawie nie zauważalna, zaliczali się do grupy średniowysokich ludzi, bowiem metr 70 to niedużo, w porównaniu z innymi dorosłymi, którzy mogą mieć ponad metr 85. 
Rodzina jak to rodzina, miała swoje wzloty, jak i upadki, większe oraz mniejsze, jednak wyróżniała się swoją tożsamością zbiorową i przeszłością rodziców. Oboje z rodzicieli mieli nieszczęśliwe dzieciństwo: alkoholiczne i palące środowisko nie pomagało, bijatyki między ich rodzinami; wszystko wpłynęło na obojga rodziców negatywnie, aczkolwiek matka dziewczynek widziała błędy, jakie popełniali jej rodzice, więc wystrzegała, w przeciwieństwie do ojca, który myśląc, że zapewniają byt majątkowy wynagrodzi swoją wrogość i chłód w ich stronę.
-Tato, nie będziesz krzyczeć na mamę? - Spytała najmłodsza z obecnych.
-Jak mógłbym to zrobić? - Odpowiedział na pytanie pytaniem mężczyzna.
-Będziesz?
-Nie będę.
Do salonu weszły pozostałe członkinie rodziny
-Mam kupiła ci prezent na urodziny. - Powiedziała, śpiewająco szatynka.
Dziewczynka siedziała na kolanach, który natychmiastowo się spięły. Matka wraz ze straszą z córek zmierzwiły swoje włosy w akcie nerwów i strachu, jaki nimi władał po usłyszeniu tych słów.
-Ile wydałyście? - Zapytał ponuro. 
-50£. - Odpowiedziała matka, skubiąc swoje długie paznokcie u rąk.
-Przecież mówiłem ci, że w tym miesiącu to ja dysponuję pieniędzmi! - I to jedno, maleńkie zdanie o agresywnym tonie wystarczyło, bo córki uciekły do swojego pokoju, a żona zgarbiła się, czekając na codzienną awanturę. 
Młode istotki zamknęły drzwi na klucz i oparły się o wewnętrzną stronę ściany, siadając. Pomimo że były na pierwszym piętrze, idealnie słyszały rozgrywającą się na dole bitwę.
-To twoja wina. - Wyszeptała zdenerwowana 10-latka.
-Przepraszam. - Zapłakała żałośnie druga.
-Co mi po tym? To mama cierpi, nie ja. Ją przeproś za bycie nieposłuszną idiotką.
Ten epitet był wystarczający, by płacz u szatynki się wzmógł, a ona sama wybiegła z pokoju na dół, do rodziców.
-Przepraszam was, przepraszam! To wszystko moja wina! - Zaczęła, przerywając kłótnię rodziców, co spowodowało, że spojrzeli na nią niezrozumiale. - Od kiedy się urodziłam to wszystko moja wina! Kiedy urodziła się Christina, byliście szczęśliwi; gdy przeprowadziliście się, byliście szczęśliwi; kupienie Anne, która już nie żyje, była też powodem waszego uśmiechu; a kiedy ja się urodziłam - spowodowałam w was brzydotę wewnętrzną. Tak mi przykro!
Jej słowa zmartwiły rodziców, zraniło ich to, co własna córka wypowiedziała. Zaczęli wraz z nią płakać, nawet Chris obruszyła się.
-Tego chciałeś? - Zapytała ze wstrętem rodzicielka, która nie czekając odpowiedzi od ojca, wyszła z salonu do kuchni, by nabrać rozsądku w odosobnieniu.
Ojciec przytulił swoje dzieci, nie chcąc, by odczuły niechęć do nich. Żałował swojego zachowania, jednak to nic nie dało. Tydzień spokoju, a później na nowo to samo, kłótnie i awantury co dzień."


Nie chciała tego powiedzieć. Byłyśmy dziećmi, a rodzice nie wiedzieli, co robić, by nie dawać tak odczuć mojej osobie.
Tak? To dlaczego nigdy nie zaprzeczyli twoim słowom?
Tęsknią za mną, powinnam do nich zadzwonić.
I co im byś powiedziała?
Że ich kocham, że tęsknię.
Myślisz, ze odpowiedzieliby tym samym? Po tylu latach ciszy z twojej strony? Z resztą, sami nie chcą zadzwonić, przecież podałaś im swój numer, kiedy wyjeżdżałaś. Gdyby chcieli, nawiązaliby kontakt.
Chcesz powiedzieć, że nic nie jestem warta dla nich?
A myślałaś inaczej?
Złapałam się zdegustowana za głowę, następnie rozmasowałam trzema palcami prawą skroń, by złagodzić nerwy. Niechętnie przyznam, że zgadzałam się z głosem w mojej głowie. Wiedziałam, że nie chcieli mnie znać i znałam doskonale powodu, ku temu.
Nikt się o mnie nie troszczy, ludzie chcą tylko wykorzystywać, brać dla siebie a nic nie dawać w zamian. Dlaczego zawsze się nabieram na to?
Bo jesteś nadal tą naiwną 7-latką, która wierzy w słowa tatusia, który zarzeka się, że nie będzie krzyczeć na mamusie, a kiedy dostanie to, co chce, wrzeszczy ile wlezie.
Nienawidziłam samą siebie za moją pieprzoną słabość do ludzi.
Otworzyłam drzwi od jego mieszkania, następnie weszłam i zamknęłam je za sobą. Cichymi krokami wkraczałam w głębszą część zbioru pomieszczeń, w ciągu kilku sekund dotarłam do salonu, gdzie zastałam leżącego na kanapie, ledwie przytomnego Matt'a.
Miał głowę ułożoną na zagłówku i zamknięte oczy, słyszałam ciche chrapanie, uchodzące z jego lekko otwartych ust. Nogi wyprostowane, położone były one na sofie, włosy jak zwykle w nieładzie, usta niemalże czerwone od ilości alkoholu, jaką spożył. Wyglądał niewinnie, dziecięco nieskalany.
Podeszłam do niego bliżej.
-Cześć.-powiedziałam niezbyt wysokim tonem.
Jedno słowo wystarczyło, by otworzył oczy. Spojrzał na mnie śpiąco, a usta wygiął w uśmiech.
-Usiądź.-zaproponował, sam podnosząc się do pozycji siedzącej, jednak nogi nadal pozostały na meblu.
Wykonałam polecenie, odwzajemniając skromnie uśmiech. Usiadłam przodem do niego, zdjęłam buty i usadowiłam się po turecku na sofie.
-Mówiłeś, że mogę przyjść, jeśli będę chciała porozmawiać.
-A, no, mówiłem tak.-przejechał prawą ręką po twarzy, by rozbudzić się po krótkiej drzemce.-Chcesz porozmawiać, o czym?
-Mojej rodzinie.-westchnęłam głęboko.-Ale ustalmy zasady.
-Jakie?-wydał się zaskoczony.
-Co do rozmów, zwierzeń. Nikt ma nie usłyszeć o tym, zachowujemy to dla samych siebie i nie komentujemy, okay?
-Okay.-potwierdził kolejnym uśmiechem, który od razu zniknął, by wydać się poważnym.
Kiedy otworzyłam się przed nim, poczułam nic innego jak radość, wolność. Było mi lekko na duchu z myślą, że nie muszę już targać ze sobą tak ciężkiego bagażu. Byłam ogromnie wdzięczna Matthew za jego wsparcie i zerowe uwagi podczas mojego monologi. Pragnęłam go, jeśli nie mogłam go mieć fizycznie, chciałam mieć z nim bliski kontakt intelektualny, na czym - szczerze - bardziej mi zależało.

-Od tamtego momentu, zaczęłam patrzeć inaczej na świat. Oni nigdy nie zaprzeczyli moim słowom, po latach pewnie zapomnieli, że takie słowa zostały wypowiedziane, za co ich nie obwiniam. Sęk w tym, że ja pamiętam siebie, która była ciepła, prawdziwie uśmiechnięta, ale nie potrafię powrócić do tego. Nie umiem być taka, jaka byłam. Nie wiem, czy chcę, czy to wszystko jest tego warte.
-Mogę coś powiedzieć?-przerwał mi.
Kiwnęłam pozytywnie głową.
-Myślę, że powinnaś się zastanowić, jak bardzo chcesz się na nowo stać dawną sobą. Jeśli ci zależy, zrób to, postaraj się odzyskać starą siebie.
-To nie takie proste.
-Wiem, jednak sama wiesz, że powinnaś zrobić coś, co ucieszyłoby cię. To kwestia samooceny. Powiedz mi, uważasz, że jesteś godna siebie, jaka byłaś zza dziecka?
Jego pytanie sprawiło, że poczułam, jak kręci mi się w głowie. Nie chciałam odpowiadać na to pytanie, mu ani sobie, ani nikomu. Nie mogłam wypowiedzieć tego, co działo się w mojej głowie od lat.
Uśmiechnęłam się jedynie na jego ambitne, głębokie słowa.
-Dzięki za rozmowę.-wstałam z kanapy i błyskawicznie założyłam trampki na stopy.
-Nie idź jeszcze.
-Muszę. Jestem zmęczona, a ty nie zapomnij zamknąć baru.
Kiedy miałam się odwrócić, zbliżył się i złapał mnie za ramię, jednak w mgnieniu oka puścił wolno.
-Nie idź. Proszę.
Jego niewątpliwie piękne, zielone, kocie oczy powodowały u mnie dreszcze w duszy, kiedy znajdował się blisko mnie, ja wariowałam. Nie potrafiłam panować nad sobą, moim umysłem, moimi czynami, tak jakbym sama pozwalała mu na przejęcie kontroli nad tym, co się dzieje między nami obojgiem.
-Nie potrafię cię wyrzucić z mojej głowy.-powiedział, nie przerywając ze mną kontaktu wzrokowego.
-Jeszcze trzy dni temu powiedziałeś, że nic do mnie nie czujesz.-odpowiedziałam zdenerwowana tym, jak bardzo bałaganił swoją osobą moją głowę.
-Nie rozumiesz, Adelaide? Kłamałem. Ciągle łapię się na tym, że nie mogę oderwać wzroku od ciebie, a tym bardziej myśli. Nie wiem, co jest między tobą a mną, ale to coś silnego.
Jego osoba zrobiła dwa kroki w przód, tak, że dzieliły nas centymetry, a nasze oddechy nakładały się na siebie. Mogłam poczuć jego ciepło i zapach, które sprawiały, że zawirowało mi w głowie.
-To, co cię powstrzymuje?-zadałam mu pytanie, na które się głupio uśmiechnął.
-Jedynie Zack jest moim problemem.
-Co z nim?
-Jest moim przyjacielem, chujowym, ale jest, a ty jesteś jego dziewczyną.
-Niewątpliwie jest chujowym człowiekiem, nie tylko przyjacielem, ale i chłopakiem też. Szukać takiego ze świecą.-wywróciłam oczami.
-Ale wiesz co?
Podniosłam na niego wzrok z wymalowanym znakiem zapytania na twarzy.
-Nawet moralność jest kwestią czasu.
-Co masz na myśli?-spytałam go niepewnie.
W odpowiedzi uzyskałam jego szerokie, szorstkie dłonie na mojej talii i szyi, zbliżające się do mnie jego usta, które następnie delikatnie pieściły moje.



The only thing that works for me. 
Help me get away from myself.
[...] My whole existence is flawed.
You get me closer to God.
You can have my isolation.
You can have the hate that it brings.
You can have my absence of faith.
You can have my everything.
You tear down my reason.
[...] You make me perfect.
Help me become somebody else.


4 komentarze:

  1. No kobieto no dzieki ! :c w takim momencie wiesz ty co.. ;c ale historia mega *,* czekam na dalsze rozdziały *0*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi wiedzieć, że jesteś zainteresowana historią. :)
      A, co do urwania rozdziału, nie martw się, w pewnym momencie pojawi się opis ich zbliżenia. ;)

      Usuń
    2. Czekam nie cierpliwie na dalsze rozdziały ! :D bardzo sie cieszę ze tu Matt robi za postać która jest zauroczona główną postacią :)

      Usuń
    3. Nie mogło być inaczej, niż żeby Matthew był zainteresowany naszą Adelaide. :)

      Usuń